"z cieniem liścia na twarzy..."po długiej przerwie Jakieś pół roku mnie tu nie było... Nawet nie wiem kiedy to zleciało. Od tego czasu w sumie niewiele się u mnie zmieniło. W maju uśpiłam psa. Prawdziwego przyjaciela, którego mieliśmy 10 lat. Nie męczył się. Znajomego weterynarza wyciągnęliśmy z łóżka o drugiej w nocy i przyjechał do gabinetu, by dokonać eutanacji. Dla mnie to bardzo ważne, bo poprzedni pies, który był z nami 15 lat, udusił się na wycieraczce samochodu. Nie zdążyliśmy do lecznicy... Ten odszedł w miarę spokojnie, bez bólu. Dla mnie to duża ulga, choć długo nie mogłam się pozbierać. A potem były awantury, bo P. chciał kolejnego psa. Ja nie chciałam się zgodzić, bo rana była za świeża. Koniec końców od lipca jest u nas szczeniak. Tzn. obecnie ma już 6 miesięcy więc to już taka psia młodzież raczej... Przywiozły nam go wolontariuszki. Miał trafić do schorniska. Z innych spraw... Zawaliłam na całego egzamin na aplikację radcowską. Egzamin odbył się 20 września. Opłaciłam go - 6 stówek, uczyłam się po nocach; wzięłam z tego powodu nawet urlop i co...? 21 września w niedzielę zaukwałam wciąż jak nienormalna, by nagle doznać oślnienia, że egzamin się już odbył... Trudno uwierzyć, co? Nie wiedziałam czy śmiać się czy płakać. W końcu wybrałam to drugie. Zdaję sobie sprawę z tego, że wydaje się to abstrakcyjne. Bo w końcu jak można... Nie wiedziałam co odpowiadać na pytanie: Jak poszło? Mam mówić, że nie zdałam; że zrezygnowałam; czy może że pomyliłam daty. Na pewno nie to ostatnie, bo np. w pracy uznaliby, że spadałam z innej planety. Ostatecznie powiedziałam, że zrezygnowałam, by lepiej przygotować się w przyszłym roku (co w sumie też nie najlepiej o mnie świadczy, bo to taki krok do tyłu). Naszemu dyrektorowi dałam natomiast do zrozmienia, że nie zdałam. Jak się wściekał na mnie P. nawet nie chcę mówić. Pracuję nadal w szpitalu. W sumie nie narzekam. Zarobki mam dobre; szpital znajduje się w mieście, które bardzo lubię. Ludzie tam zatrudnieni są w miarę w porządku (poza nielicznymi wyjątkami). Ciągle jednak tęsknię do czasów kiedy pracowałam sama. Siedzę przy biurku z koleżanką X. 15-20 lat ode mnie straszą. W sumie to nie wiem ile ona ma lat. Ostatnio jechałyśmy w windzie z jakąś starszą kobietą - pacjentką. I ta kobieta nagle zwrociła się do nas: "Mama z córką, tak? Ale podobne". Myślałam, że X. eksploduje. Szlag ją trafił na miejscu i widać to było w oczach. Pacjentka też coś wyczuła, bo szybko prostowała: "Siostry, siostry". Myślałam, że padnę. A X. jeszcze z dobrą godzinę była naładowana. Nawet nie wiedziałam, że jest taka czuła na punkcie wieku. Z innych jeszcze spraw - chodzi o dmuchaną górę faceta, niejakiego prasowacza o fachowej nazwie dressman. Mój szanowny mąż nie zważając na koszty - bagatela ok. 3000 zł - zamówił takowego, gdyż jak oświadczył nie ma czasu na prasowanie a niedobra żona też mu koszul nie prasuje. Stwierdziłam, że to niemoralne; że ludzie nie mają czasem na podstawowe artykuły a jemu się zachciewa prasowacza. No i rozpętała się wojna. Zwłaszcza, że obejrzałam na you tube prezentację działania takiego dmuchanego faceta. Trzeba mu ubrać mokrę koszulę (więc od razu po wyciągnięciu prania leciałabym ubierać tą bestię), pozapinać go ładnie, włączyć nadmuchiwanie. Potem sprawdzać czy już wyschnął (tak przynajmniej robił pan na prezentacji). Koszulę ładnie ściągnąć. Wyłączyć prasowacza. Czasem go wyprać, tzn. tą nadmuchiwaną część. Wyobrażam sobie ile prądu ciągnie taki facet. Moje argumenty trafiały w próżnię. P. stwierdził, że to mi poprzewracało się w głowie a nie jemu. Ale jak się okazało jedna firma prasowacza nie miała na stanie, mimo oferty internetowej. A druga popadła w niezłą zwłokę w dostawie. I to mojego szanownego męża poirytowało. Zadzwonił do tej firmy i zrezygnował z towaru. Wobec tego świat bez dmuchanego faceta zaczynał dla mnie nabierać dawnych kolorów. Aż tu nagle do moich drzwi miał zapukać dziś rano ok. godz. 11.00 prasowacz. Mimo rezygnacji. No i postanowiłam go wysłać w trzy diabły. Wyskoczyłam w tym celu na podwórko w piżamie (bowiem jak nie idę do pracy, to lubię tak w niej paradować gdzieś do godz. 13-stej). Tzn. miałam narzuconą kurtkę, ale czasu na zmianę piżamy nie było. Kiedy tylko zorientowałam się co kurier ma dla mnie, wyleciałam na zewnątrz, by nie wnosił ogromnego pudła na górę i odmówiłam przyjęcia towaru z żądaniem zwrotu nadawcy. Kurier nawet nie mrugnął okiem widząc mnie wystrojoną w piżamę z nadrukowanymi gdzie popadnie osiołkami. Pewnie przyzywczajony... Drzwi na klatkę schodową oczywiście zatrzasnął mi wiatr, ale jedna z sąsiadek była na szczęście w mieszkaniu i nie musiałam przez nadmuchańca sterczeć na podwróku. 2008-11-10 12:24:48 skomentuj (12) ... Trochę żyję z dnia na dzień. Nowa praca pochłania mnie tak, że po niej robię już tylko to co muszę. A czas leci. Nawet teraz, kiedy na chwilę siadłam by przejrzeć blogi i napisać coś na swoim, już jestem myślami gdzieś dalej. Muszę skończyć do jutra pracę magisterską, muszą zabrać się za naukę do aplikacji, choć i tak jest już bardzo późno i zabraknie mi na to ze dwa miesiące. Nie mam czasu nawet rozstrząsać swoich problemów i to mi akurat odpowiada. "Łatam" te doraźne sprawy. I tylko jednego mi brak. Dawnych kontaktów ze znajomymi. NIe odpowiadam na e-maile, smsy, telefony. I w końcu chyba inni się przyzwyczają, że nie mam dla nich czasu.... . Nawet P. już nie słyszy ode mnie marudzenia, że za bardzo jest zajęty swoimi sprawami. Byłam dwa tygodnie temu u mojej pani ginekolog. Zapłaciłam 350 złotych przez swoją głupotę. Mianowicie kiedy mnie zapytała czy robiłam już tekst na clamydię, odpowiedziałam, że nie. Więc mi zrobiła taki błyskawiczny - wynik miałam od razu, ale jak przyjechałam do domu i przejrzałam swoje badania, to oczywiście okazało się, że test na clamydię robiłam całkiem niedawno. I tym sposobem stówa nie moja. Jak można być tak roztargniętą osobą. Na samą siebie bierze mnie złość. Wyniki pod względem bakteriologicznym mam idealne. Ale za to po ostatnim ICSI jak stwierdziła pani ginekolog, a ściślej po jakiś hakach, rurkach itp mam urazy i prawdopodobnie endometriozę. To taki efekt uboczny. Chciałoby się głośno rzec: kurwa mać. W pracy razi mnie to jak ludzie pracują w zespole. Jeden na drugiego nadaje. Ostatnio moja kolezanka z wydziału X. narzekała na to, że pani T. nic nie robi. Potem poszłam do sekretariatu i czekając na wejście do dyrektora miałam do czynienia osobą, która wiedząc, że pracuję z X. stwierdziła, że "taka pani X i T. przychodzą do pracy i zastanawiają się co by tu dziś zrobić". A ona ma tyle roboty. Co mnie to wszystko do jasnej cholery obchodzi. I dlaczego wiedząc, że ja pracuję z X obrabia jej cztery litery. Inna sytuacja: Mam zrobić coś dla pani Y. W międzyczasie prosi mnie o coś pani Z., która ma stanowisko wyższe od pani Y. Wykonuję więc coś dla Z., informuję Y., że w takim układzie nie dam rady zrobić na czas tego o co mnie prosiła. I oczywiście muszę słuchać jak jedna pomstuje na drugą. W imię czego? Nie mogę powiedzieć, że tylko takie sytuacje się zdarzają, bo i z drugiego bieguna również. Czasem spotykam się naprawdę z dużą życzliwością, ale tak czy tak jak nie w tym roku to w następnym muszę dostać się na aplikację, by móc pracować sama, by móc się uniezależnić od innych. Ludzie w zespole są nie do wystrzymania jak dla mnie. Każdy z osobna ... proszę bardzo, ale nie w kupie. 2008-04-12 15:27:54 skomentuj (9) ...
2008-03-26 20:12:40 skomentuj (4) ... Chciałam wejść do sklepu, ale drzwi zagrodziło mi jakieś dziecko. Wielkimi oczami patrzyło badawczo co zrobię. - Wpuścisz mnie? - zapytałam. Szczerbata dziewczynka przepuściła mnie. A potem poszła za mną w głąb sklepu i robiła wszystko, żebym zwróciła na nią uwagę - Co masz? Zainteresowałam się, gdy mi prawie wkładała jakąś cenę w oczy Nic nie odpowiedziała tylko zaczęła tą cenę przylepiać do ściany tak abym widziała co robi. Poszłam w inne miejsce sklepu, ale przyszła za mną, bo usłyszałam: - Jak masz na imię? - Ania. A Ty? - Karolina - Bardzo ładnie - mówię do niej a ona mi na to, że mam na imię tak jak jej babcia Ania. Następnie podeszła do swojej matki i powiedziała do niej "Moja koleżanka ma na imię tak jak babcia Ania". No nie wiedziałam, że w takim tempie zyskałam nową koleżankę. Młoda była niezła. Nic się nie wstydziła. Przy wyjściu znowu popatrzyła na mnie swoimi wielkimi oczami. "Pa pa" rzuciła głośno i wyraźnie. - Cześć - odpowiedziałam i pomyślałam, że dzieci są teraz nieziemsko oswojone i komunikatywne. Ja taka nie byłam. 2008-03-09 12:32:39 skomentuj (5) ... Pisałam kiedyś o "włamywaniu" się do sąsiadki? Na pewno. Chodzi o sytuację, gdy wspomniana sąsiadka wyjechała na wczasy a ja miałam się w tym okresie zajmować jej kotem Leonem. Oczywiście nic nigdy nie może przebiegać normalnie i akurat wtedy szlag jasny trafił zamek w drzwiach. Leon został odcięty od jedzenia przez całą dobę, bo żaden ślusarz nie chciał mi zrobić tej przysługi i rozwalić zamek. W końcu to nie o moje mieszkanie chodziło i z braku zaufania spotykałam się z odmową. Wreszcie Tata kolegi, za poręczeniem co do mojej osoby owego kolegi wywalił wielką dziurę w drzwiach sąsiadki. Dziura została zalepiona taśmą klejącą a Leon - nakarmiony. Zamykałam do powrotu sąsiadki tylko na dolny zamek. Teraz, kiedy sąsiadka trafiła do szpitala (o czym mowa w poprzedniej notce) Leon znowu znalazł się pod moją opiekę. I co? Historia lubi się podobno powtarzać. To trochę mało wiarygodne, ale wczoraj górny zamek (wymieniany w końcu jakieś 1,5 roku temu, po tamtych komplikacjach) zepsuł się. Wydawało mi się, że to jakieś deja vu. Bo do jasnej cholery ile razy może mi się coś takiego przydarzyć? Nie wiedziałam czy się śmiać czy płakać. Zadzwoniłam do znajomego, który pracuje w szkole jako "złota rączka" a z którym chodziłam do jednej klasy w podstawówce. Zgodził się rozwiercić zamek. Ponad dwie godziny próbował otworzyć drzwi. Wreszcie się udało. I znowu powtórka z rozrywki. Zaklejanie drzwi taśmą klejącą. Ale nie to było najgorze. Po dostaniu się do środka, po Leonie nie było ani śladu. Dobre 10 minut szukaliśmy go: ja, P. i kolega. Nawet pod wannę zaglądaliśmy, bo brakowało jednego kafla i znajomy stwierdził, że kot może tam się schował. Mówiłam mu, że Leoś jest za gruby by przeleźć, ale w sumie to wskutek bezskutecznego poszukiwania kota w innych miejscach uległam i też zaglądałam pod tą wannę. Przeszukałam dwie szafki, szafę i kiedy obleciał mnie już prawdziwy strach oraz obawa, że Leon niewątpliwie padł na zawał wystraszony hałasem, wiertarką i waleniem w drzwi, kocisko wylazło z miejsca, o którym nie miałam pojęcia, że istnieje. Schował się pod łóżkiem a byłam pewna, że jego dół jest zabudowany. Przysięgam, że miałam ochotę wycałować tego kota kiedy tylko ujrzałam go zdrowym. Nie wiem czy takie idiotyczne sytuacje zawsze muszą mi się przytrafiać. Sąsiadka pomyśli, że ja może w ramach jakiegoś ześwirowania specjalnie psuję jej te górne zamki... . W każym razie częstotliwość tego typu przygód normalna nie jest. Dziś kupiłam nowy zamek, bo nie chciałam robić od razu na sąsiadce "wrażenia" po jej powrocie ze szpitala dziurą wywaloną w drzwiach. Poprosiłam o montaż kolegę, który wczoraj rozwiercał zamek. To ten sam, którego rzuciła nie tak dawno dziewczyna, o czym też pisałam. Tak do końca się nie pozbierał. Pokazał mi swoje mieszkanie. Mieszka tam ze swoim kotem. Samotni są obydwaj. Kot też porzucony.... . Bo niestety ktoś tam miał alergię. Ale znajomy wierzy w lepsze jutro... Z całego serca życzę mu aby szybko nastało. 2008-03-05 21:42:45 skomentuj (3) ... Kiedy szliśmy po ulicy i P. całował mnie przeciągle w policzek pomyślałam sobie, że patrząc na nas nikt by nie przypuszczał, że o 2 w nocy potrafimy sobie wyszarpywać jak opętani kołdrę jeden drugiemu. Tak było właśnie w ubiegły weekend. Ponieważ było mi ciepło położyłam jedną nogę na pościeli. W dolnym rogu łóżka często śpi pies. I on też przeszkadzał P. przeciągnąć kołdrę na swoją stronę. P. wkurzony wyszarpał ją tak gwałtownie, że kompletnie odechciało mi się spać. I psu również. W zasadzie to już nikt nie zasnął do 4.30. Dyskutowaliśmy i obrażaliśmy się na siebie przez ponad 2 godziny. I P. i ja mamy choleryczne charaktery. W sumie kołdra poszła w niepamięć; okazała się zwykłą "iskrą". Odwiedziłam ostatnio X. Jest na L4 i dobrze, bo jako nauczycielkę WF-u trudno sobie ją wyobrazić w ciąży na sali gimnastycznej. Nawet jeśli to początek. Byłam u niej ze 4 godziny. I kiedy tak siedziałyśmy i rozmawiałyśmy sobie zadzwoniła moja sąsiadka z pytaniem czy jestem w domu. Poinformowałam ją, że nie ma mnie, ale jest P. Sąsiadka nie powiedziała o co chodzi. Wspomniała tylko, że zadzwoni w takim razie do P. Kiedy wróciłam do domu okazało się, że zabrało ją pogotowie a P. pomagał Jej się pakować do szpitala. W sumie to kobieta parę lat po 40 i na oko okaz zdrowia a jednak ostatnio trudności sprawiało jej wyjście po schodach z zakupami. Była u lekarza, ale ten zalecił tylko jakieś dodatkowe badania. I tyle. Jak dla mnie trochę zbagatelizował sprawę. Ona mdlała, wymiotowała i coś ją bolało w klatce piersiowej. Okazało się, że ma jakiś zator, skrzep; ponadto również coś z płucami. Z tego co mi mówiła jej córka wynika, że to być może powikłania po grypie. W każdym bądź razie leży podłączona do kroplówek i nie wolno jej się ruszać aby skrzep się nie przemieszczał, bo jest to niebezpieczne. Lekarz stwierdził, że miałą szczęście; że to tak jakby dostała drugie życie. Kiedy ją zabrali do szpitala P. zadzwonił do wspomnianej córki. Uznał, że powinna wiedzieć. Poinformował ją tylko ogólne, tak aby jej nie przestraszyć. Kiedy zatelefonowała ona do swojej mamy, ta była w karetce. Ale wciskała piękny kit, mianowicie, że siedzi w biurze... . 2008-02-28 19:59:48 skomentuj (3) ... Mam koleżankę w pracy, dzięki której wiem wszystko. Kto został porzucony, kto ile ma dzieci, kto i jakie ma cechy charakteru. Nie jestem zainteresowana tego typu wiadomościami; wiem, że przy takich osobach trzeba uważać i na ogół trzymam się z daleka, ale tą koleżankę darzę sympatią. I sama nie wiem dlaczego. Jest z 15 lat ode mnie starsza. I niewątpliwie w jakiś tam sposób "odjechana". Jest panną, udzielającą się towarzysko. Koleżanki, skype, narty, komputer, studia zaoczne. Ostatnio zaproponowała mi, że sobie wypijemy wino. Są pracownicy, którzy jej się boją. Niedawno jedna osoba, która nie chciała wykonywać czegoś co ma w zakresie obowiązków, dostała niezły opieprz "z góry". Wspomniana koleżanka jej to "załatwiła". Z częścią pracowników jest natomiast mocno spoufalona. Dziś przez telefon zapytała kogoś "I co mi masz do powiedzenia?". Usłyszała, że "gówno" i jakoś ją to nie zezłościło, lecz rozbawiło. Mnie trochę dziwią takie pracownicze relacje, ale jak wspomniałam Ona da się lubić. Zbulwersowała mnie natomiast inna osoba. Podległa w pracy jej osoba podała jej korektor. Tak z uprzejmości. Tamta korektor przyjęła, ale po chwili stwierdziła "Do niczego. Wie Pani, gdzie Pani może wsadzic ten korektor?"... Niby ze śmiechem, ale zrobiło mi się niemiło i jakoś współczułam tej dziewczynie, że z nią pracuje. 2008-02-20 17:28:47 skomentuj (4) |
księga gości
2008 listopad kwiecień marzec luty styczeń 2007 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec |